Marszon numer 6, czyli w poszukiwaniu Suchego Kicka...

Prolog

Marszon... Na to hasło serducho się we mnie jakoś zaczyna żywiej ruszać... Atmosfera, trasa, zmaganie, ludzie, góry... Po niedokończonym Marszonie 5 stwierdziłem, że ten MUSZĘ sfinalizować... Problem polegał tylko na drobnej kwestii... W tym samym czasie powinienem być w Kościelisku i prowadzić wycieczki z moją najbliższa rodzinką... Rozdwajać się jeszcze nie potrafię, więc w mojej głowie zrodził się chytry plan ;) (co zdarza mi się dość rzadko niestety)... Przegoniłem rodzinkę tak, że miała dość ambitnych tras na kilka dni i byłem w domu... Znaczy wolny :)... Tym razem wybrałem się jednak od drugiej strony i do Suchej Beskidzkiej dotarłem od Zakopanego... Podczas podróży byłem bacznie lustrowany przez mijających mnie ludzi... Nie wiem czemu... Czy błoto przywleczone na spodniach i plecaku z Jaskini Mylnej jest powodem do niepokojów? Nie rozumiem ich... Tak czy inaczej znalazłem się na starcie 6 Marszonu.

Rozdział I - start, czyli cisza przed brakiem burzy...

Zgodnie z zasadą, że najciemniej pod latarnią, stojąc niemal na wprost hotelu w którym miało nastąpić rozpoczęcie Marszonu dzwonię do Kuby i pytam gdzie to... Zaczyna się interesująco... Jeśli taka "wyśmienita" percepcja będzie mi towarzyszyć na szlaku to zajdę nad morze a nie do celu... Nic to... Może to ma jakiś związek ze snem, a raczej jego brakiem? Pochodzimy, zobaczymy...
W hotelu kwateruje się jakieś zgromadzenie ludzi z podejrzanymi pakunkami... Okazuje się, że to uczestnicy zawodów łuczniczych... Boję się ich... ;) Patrzą się podejrzliwie... Czy ja się gdzieś ubrudziłem czy jak? Przed samym wejściem widzę grupę ludzi wyglądających już bardziej znajomo... Chwila zastanowienia... Marszon prawda? - pytam - Marszon... Uff... Jestem wśród swoich... Rozglądam się w poszukiwaniu znanych twarzy... Z zadowoleniem stwierdzam, że jest ich całkiem sporo... Widać Marszon wchodzi w krew... Na szczęście nie tylko ja stawiam się na starcie prosto z jakichś innych wypadów... Piotrek Cejrowski np. wracał ze wspinu w Tatrach... No dobra, ale trzeba się ogarnąć... Wnoszę toboły do sali, rejestruję się i ruszam na łowy... Trzeba uzupełnić zapasy, bo harmonogram wskazuje na to, coś kupić będzie można dopiero koło 1:30... W ogóle to fajna sprawa z tym harmonogramem... Wiadomo co, jak i czasem po co :)... Nieuchronnie zbliża się godzina 0... a w zasadzie 20:00... Kilka ogłoszeń i ruszamy... Co dziwne - brak grzmotów, a temperatura powietrza nawet znośna... Coś tu nie gra...

Rozdział II - deptanie pól i lasów...

Pogoda piękna, świerszcze grają... Ruszamy z wolna (o dziwo) asfaltem... Jest nas 76 osób. Pięknie wygląda sznur ludzi przesuwający się po ulicach Suchej... Po chwili szlak odbija w prawo i wychodzi z miasta... W lesie trzeba zaświecić latarki... Uwielbiam widok tych ludzkich świetlików podążających gęsiego... Jakoś ląduję na czele Marszonu... Za mną Ola, potem Kuba... Na zamku Daniel... Wygląda na to, że co autorytet, to autorytet... Nikt nie wyrywa się przed organizatora, więc mogę spokojnie deptać tempem, które jak mi się wydaje jest odpowiednie... Czuję się jak... przewodnik stada... Zwłaszcza, że przy plecaku mam przytroczony dzwonek wydający niemal taki sam dźwięk jak te, które noszą owce... Bim... Bim... Bim,bim... Bim... Pomaga utrzymywać rytm, a że na razie nikt się na niego nie skarży, więc... niech sobie zberczy... Przynajmniej nie trzeba mnie szukać ;)... Tym razem na trasie powiało profesjonalizmem :) - Kuba i Daniel mają kontakt radiowy... Jestem pełen podziwu, bo i sprawdzić rozciągnięcie łatwiej, a i jakoś tak raźniej... Głowa lubi wiedzieć co robi drugi koniec ciała, to i nam się to udzieliło... Właśnie... rozciągnięcie... Idzie nam świetnie, bo różnica pomiędzy początkiem i końcem wynosi koło 5 minut... Przy 20 - 30 minutach w poprzednich Marszonach to wynik godzien pozazdroszczenia...
Dreptamy raz lasem, raz polami... Wschodzi Księżyc... Czerwony... Ciekawe... Im wyżej nad ziemią, tym bardziej zbliża się wyglądem do Księżyca standardowego, aby potem służyć nam za alternatywę czołówek tam, gdzie las jakoś nie wyrósł...
Jest dobrze... Podejrzanie dobrze... Nie czuję ani zmęczenia, ani senności... Szlak dobrze oznakowany (raz tylko mamy małe poszukiwania przy przekraczaniu pola, a raz ostre zejście w dół - duch poprzedniego marszonu ;) ), więc czego można chcieć więcej? Sielanka... Dochodzimy do Krzeszowa... (Po drodze mijając psa, który zafascynowany takim oddziałem ludzi zapomniał jak się szczeka, oraz pana, który jak opowie co widział to i tak mu nie uwierzą ;) (Zgadnijcie czemu ;P ) )...

Rozdział III - bar raz, polana dwa razy i schronisko na ciepło podać...

W Krzeszowie dwa wydarzenia... Dobre i złe... Złe - tracimy jednego z uczestników - kontuzja ścięgna Achillesa... (odnowiona, nie nabyta); Dobre - jest odpoczynek i otwarty bar... Mnie co prawda nie ciągnie do baru - jakoś nie czuję duchowej potrzeby, jednak inni się zaopatrują w napoje regeneracyjne i takie tam... My tu gadu - gadu a ruszać trzeba... Wyruszamy zatem asfaltem... Nie lubie go, ale tym razem to tylko krótki odcinek... Szlak skręca w las, z którym nie rozstaje się jakoś specjalnie... Po drodze mijamy dwie większe polany, które nieco mnie denerwują, bo robią nadzieje na spotkanie schroniska... No ale w taką noc wpadać w złość? Profanacja... Chwila cierpliwości i docieramy do schroniska na Leskowcu...
Za dnia ten oblegany przez ludzi budynek nigdy nie wydawał mi się atrakcyjny... Teraz jednak jest to stosunkowo spokojnie... Marszon miał wyraźnie przypomniane, że środek nocy to nie jest dobra pora na darcie paszczy, więc jesteśmy grzeczni... Nagle pani ze schroniska wychodzi na zewnątrz i na całą okolice krzyczy ZAPIEKANKIIII!!! Hm... Co złego to nie my ;) My tylko zamówiliśmy... W odpowiedzi nie usłyszeliśmy złorzeczeń, więc może ludziom śpiącym w schronisku to nie przeszkodziło, albo byli kulturalni ;) Ale dość siedzenia przed schroniskiem bo zimno... Wchodzę do środka, zamawiam sobie piwo i... Wychodzę z powrotem... Za dużo ludzi - gorąco... Marszon jakiś przyszedł czy co? W międzyczasie biegam sobie z aparatem i robię "dokumentację", a trzeba przyznać, że jest co fotografować... Ludzie drzemią w różnych ciekawych pozach... Trzeba się zbierać... Wszyscy...! Pilnować, aby nikt nie został... Chociaż z tego co pamiętam, to i tu ktoś się wycofuje... Kierunek - Kocoń...

Rozdział IV - kamienie pod ochroną...

Wyruszamy z Leskowca w kierunku rezerwatu Madohora... Ścieżka z początku wygodna staje się coraz bardziej kamienista... Nic dziwnego - w końcu rezerwat obejmuje min. wychodnie skalne... W pewnym momencie Kuba idący z tyłu zaczyna przyspieszać, lokuje się na czele i gna coraz prędzej... Chce nadrobić czas czy jak? Zmęczenie zaczyna dawać się we znaki... Pytam więc gdzie tak gnamy? Okazuje się, że Kuba wyszedł, żeby zwolnić tempo marszonu... :) A.... już wiem :) On miał plan! Chciał nas pogonić, tak, abyśmy zmęczeni sami zwolnili ;> Harmonogram mimo tych zrywów okazuje się napięty, zaczyna się jednak powoli rozpinać, tak, że w Koconiu lądujemy z opóźnieniem... Strach pomyśleć, co by było gdyby padało i było zimno... No właśnie - zimno... Czemu zawsze, nawet w najcieplejszą noc przed świtem natura zmusza człowieka do symfonii na 32 zęby i 4 kończyny? O ile wcześniej szedłem sobie kulturalnie w polarku z podciągniętymi rękawami, to teraz wyjmuje gruby (i na szczęście suchy) polar z kapturem... Niektórzy stwierdzają, że wyglądam jak kosmita... Po przejrzeniu się w szybie wystawowej stwierdzam raczej, że jak ruski astronauta... Kto projektował ten kaptur? Niektórym to dobrze... Przejęli pod swoją kontrolę budkę telefoniczną... Tylko czemu się obudzili zanim zrobiłem zdjęcie?
Czas leci jednak nieubłaganie, zwłaszcza, że mamy opóźnienie... Trzeba podnieść odpoczywające części ciała i ruszać dalej...

Rozdział V - schody zaczynają się asfaltem...

Nie lubię Gachowizny... nie lubię i już... ;P Niestety asfalt z Koconia prowadzi tam bez względu na to, czy chcę czy nie... Niby jest otwarty sklep po drodze, niby słonko wstaje, niby wypiłem sobie napój regeneracyjny, ale w dalszym ciągu jest to asfalt i Gachowizna... Nogi zaczynają boleć... Tylko co z tego? Mam przejść Marszon i tyle, a jak bolą to znaczy, że są... Zdradzają też inne oznaki swego istnienia, ale na szczęście buty są szczelne ;) Zaczynam funkcjonować jak mój świętej pamięci Trabant... Pod górę im bardziej go naciskałem, tym bardziej on nie mógł... Kiepsko... Serducho cos dziwnie się zachowuje, pewnie to wina jakichś świństw, które kazali brać lekarze... Nareszcie szczyt... Zaszywam się w trawę i odpoczywam... odpoczywam... odpoczywam... odpoczy... ej! Poczekajcie, nie uciekajcie...! No wzięli się i poszli! Ruszam prawie ostatni, po drodze mijając kolejną uczestniczkę, która postanowiła wędrować własnym tempem... A właśnie... odnośnie tempa... O ile na początku odcinka nocnego wszystko było w porządku, to nad ranem zaczęli się pojawiać ściganci, który popędzili do przodu... Po co? Przecież był prikaz, że idziemy grupą... No ale ja się nie znam na ludziach... Słabe nerwy mają czy co? No ale co dalej? Otóż dość szybko domaszerowujemy do Huciska, a stamtąd łapiemy zielony szlak do Koszarawy... Następny przystanek "U Nitonia"... Kuba za nic w świecie nie chciał zdradzić co to za Nitoń, a tym bardziej o co chodzi z tym "U", ale po chwili doszliśmy do tego, że to bar... Bar i sklep w pobliżu... W zasadzie pierwszy (zgodny z harmonogramem) postój z nieschroniskowymi cenami... Kupuję arbuza, kefirek i maślankę... Ludzie pytają czy gram z nimi w piłkę... Hm... a jak by tego arbuza zjeść bez rozcinania, to może by się i dało... ale tą kupkę skórek, to kto będzie zszywał? I znowu trzeba się podnieść... Zmieniam buty (dużo podejść, a te co mam obecnie pobierają prowizję od wchodzenia w górę...) i ruszamy... Znam dobrze ten odcinek i wiem że podejście na Czerniawę Suchą jest wredne... Strasznie słabnę... Mam chyba z godzinę opóźnienia... Jeszcze Jałowiec... Ufff... O - Kuba i kartka... chyba nie chce mu się informować każdego żeby się nie rozkładał na polanach Jałowca tylko doszedł do Opacznego... Podporządkowuje się (a co mi tam 20 minut... wszystko jedno...) i po chwili staję przed malutkim schroniskiem... W końcu mogę się opłukać z soli... Kto by pomyślał, że człowiek tyle tego ma w sobie... Obiad by można przyprawić... a fuj... Drogo tu mają, ale ładnie... No i wrzątek za darmo... (No dobra - za cenę wstępu na teren schroniska... - ciekawy pomysł, dośc skutecznie eliminujący "stonkę"... Choć ona tu nie wlezie nawet...). Leżę, łażę, jem i piję... Trzeba się zregenerować, bo cel już widać... ^%(*&#... jak daleko... Ruszamy i człapiemy w stronę Zawoi... Wypoczęty człek, więc wędruje się łatwo, ale znowu ktoś się wycofuje... Docieramy na miejsce bez większych przeszkód... Rozsiadamy się w barze, coś tam jem... Zamawiam piwo... Fuuuuujjjj!!!!... Ile oni tej wody tam dolali?

Rozdział IV - the final battle

Do wyjścia mi niespieszno, bo nogi bolą coraz bardziej... Wychodzę niemal ostatni... Chciałem iść z Piotrkiem Cejrowskim, Markiem Ziębą i Maćkiem Ogrodowiczem... ale coś czuję, że nie wytrzymam tempa... Zaczynam się toczyć pod górkę zielonym szlakiem... Toczyć się... to jest bardzo dobre określenie... To nie jest mój dobry dzień... Ale co to?! Znalazłem w kieszeni cukierki miętowe... Niby nic a cieszy... Zaczynam je przegryzać, potem malinki, jeżynki, borówki... Eeee... jakoś to pójdzie... Nagle widzę, że nie jestem sam na szlaku i kogoś doganiam... Okazuje się, że to Daniel z Gosią... Gosia ma kontuzję kostki, więc na prośbę Daniela idę z nimi... Zawsze można coś ponieść albo co... Ale co to? Na podejściu Gosia wykańcza najpierw mnie, a potem niemal Daniela... No to ładna kontuzja... Ja poczekam... I tak jestem za nimi, więc jak bym był potrzebny to dotrę... Siedzę i zajadam chlebek, a tu idzie rzeczona wcześniej brygada PMM... Tak właśnie... Na pewno bym nadążył... Chyba jak by mnie ciągli... Koniec sjesty...! Idę dalej... O - darli a teraz siedzą i palą... Co za nałogi ;P Kontynuuję zielonym szlakiem... Jest i Gosia z Danielem... Grymas na twarzy Gosi i tempo marszu mówią, że nie jest dobrze, ale i nie bardzo źle... Szlak po początkowych podejściach zmienia się w, cyt. "niekończącą się opowieść..." Wychodzę naprzód żeby przynieść dobrą nowinę o końcu szlaku, ale guzik z tego... Na domiar złego robi się ciemno, a moja czołówka gdzieś się zapodziała (jak się później okazało na dnie plecaka gdzieś siedziała)... Widzę nadchodzących Daniela z Gosią... Mam nadzieję, że nie mają mi tego za złe, że ich odsadziłem... Gdzie to schronisko? Ciemno... zaczyna się robić chłodno... O jest! A nie... to ognisko... Ognisko?! No to przecież niedaleko! Moja logika mnie poraża... Docieram, dzwonię do domu i do Gosi (:*) (nie... nie tej którą "eskortowaliśmy" z Danielem ;) ) zjadam, piję herbatkę, wygrywam coś w losowaniu ( ;> ) i idę spać...

Epilog

Rano wstaje mi się dość opornie, zresztą chyba nie tylko mnie... Razem z kilkoma marszonowiczami decydujemy się na zejście do Skawicy... Potwierdzamy informację, że jednego z uczestników zabrał GOPR wczoraj w nocy... Zasłabnięcie czy cuś... Dziś zabierają Gosię, a razem z nią i Daniela jako eskortę... w pewnym sensie szczęściarze... Nie muszą już deptać, aczkolwiek... chyba nie warto się uszkadzać jeśli da się tego uniknąć... Dużą i wypoczętą grupą idzie się szybko... Osiągamy Skawicę, atakujemy sklep, łapiemy busa i.... Spotykamy innych marszonowiczów :)... Okazuje się, że w ostatniej chwili wyszli na drogę :)... Miło wracać tak razem... Generalnie to ta trasa marszonu najbardziej mi się podobała... Zobaczymy jaka będzie następna ;) (O dziwo już prawie gotowa!). Choć nie było jakichś ekstremalnych warunków, to było sporo kontuzji - wycofania głównie z tego powodu i sporo pobandażowanych ludzi... A jeśli już o wycofywaniach mowa to 13% strat było najlepsze w historii!!! :) Zatem... Do zobaczenia na szlaku! Aha... Jedno ostrzeżenie... Pytanie Kuby o Marszon zimowy może się skończyć utratą zdrowia ;) (I Kuby, bo go się dopytywali często, i pytającego... domyślcie się czemu :) )















































Tekst i zdjęcia: Sebastian Wach


Powrót na stronę główną