Maszerują, maszerują...
No i wreszcie doczekałem się... Jesienny Marszon na Halę... W sumie było niemal pewne że się odbędzie... Poprzednia impreza przyniosła tyle niesamowitych wrażeń, że trzeba to było powtórzyć... Więc powtórzyliśmy... Tym razem nieco inaczej, bo z krakowskiego Rynku... Tutaj zjawiłem się koło godziny 18, a już czekało kilka osób... Miło poznać ludzi, którzy współdzielili trud wiosennej wędrówki... Kilka uścisków dłoni, wymiana prognoz odnośnie aktualnej imprezy... (Tak, tak... prognoz pogodowych też :), choć z przykrością musiałem stwierdzić, że marszonowy meteorolog nie ruszył z nami na szlak... :(. Za to nie zapowiadał żadnych "przelotnych opadów" na noc, która była przed nami... Natomiast pogoda miała się popsuć nieco w ciągu następnych dni...). Tak czy inaczej, pod kościołem Św. Wojciecha zaczęło robić się coraz gęściej... (Niebo też gęstniało, nie osiągając jednak "masy krytycznej..." :)... Wreszcie zjawia się cała czołówka organizacyjna, w postaci Kuby i ludzi odpowiedzialnych za "zamkowanie". Kuba niesie gazety... pojawiają się żartobliwe teksty, że niejako chce je rozprowadzić wśród uczestników marszonu... Gazeta okazuje się darmowym pismem ("Nasze Miasto"), którego redaktorzy zjawiają się również na miejscu startu i poddają nas sesji zdjęciowej... Brygada marszonowa jest jednak nieco mniejsza niż się spodziewałem... Wyjście w czwartek zdaje się tłumaczyć mniejszą liczbę uczestników - wszak nie każdy jest studentem... :) Co cieszy, to fakt, że ludzie wyglądają na DUŻO lepiej przygotowanych niż ostatnim razem... Moje przypuszczenia potwierdzają się w Swoszowicach, gdzie docieramy po małych perypetiach natury komunikacyjnej (w Borku Fałęckim wsiadamy niezupełnie do tego autobusu co trzeba - konieczne jest przegrupowanie... :) ). Pod domem zdrojowym standardowe sprawdzanie obecności i kilka ogłoszeń parafialnych... Grupa wykazuje kompletne wyposażenie w latarki, pogoda śliczna, księżyc świeci (dwa dni do pełni więc niezły talerz na niebie...), zatem ruszamy... Ruszamy "z kopyta" od początku narzucając słuszne tempo... Krajobraz w nocy wygląda zupełnie inaczej niż na wiosnę... Nic nie chlupie pod nogami, grupa się nie rozciąga - słowem - sielanka... Mijamy kolejne przystanki autobusów strefowych... Przecież tym samym autobusem, którym przyjechaliśmy do Swoszowic mogliśmy nawet dotrzeć do Świątnik... No, ale jak by na to patrzeć w ten sposób, to do Myślenic też można dojechać :). My jednak jako "superpiechurzy" (jak nas określiło "Nasze Miasto") zasuwamy piechtobusem... A wśród nas idzie kilku ludzi, którzy na pewno kondycją odbiegają od reszty... Np. przedstawiciel Gdańska (Marek Zięba - przyp.autora strony), który ma na koncie "spacerek" wokół Polski i kilka wygranych Harpaganów - czyli rajdów na orientację, które organizowane są na Pomorzu... Dystans takiego rajdu to, bagatela, 100 km... ale... po względnie płaskim terenie ;-P, więc nasz Marszon, mimo że krótszy nie odbiega chyba jakoś strasznie wymaganiami kondycyjnymi... W zasadzie trasa przebiega spokojnie, pomijając fakt, że moje buty zaczynają mnie konsumować, lecz wymiana obuwia dokonana na pierwszym postoju znakomicie załatwia sprawę (szczęściem wziąłem zapasowe...uff...). Pewne znużenie daje się odczuć (przynajmniej mnie) na kilka kilometrów przed Myślenicami... A było by już tego asfaltu... brr... No ale nie ma co marudzić - w końcu nie wyruszyłem w drogę oczekując gumowej nawierzchni... (swoją drogą przed wyjściem przygotowałem się na najciekawsze ewentualności ze śniegiem włącznie, co nieco obciążyło mój plecak w porównaniu z wiosną... Ale lepiej nosić niż się prosić...). W Myślenicach dokonujemy wymiany uczestników marszonu... Odłącza się od nas człowiek, któremu odnowiła się jakaś kontuzja, a dołącza kot(ka?)... Zwierzak ten będzie nam towarzyszył prawie do schroniska na Kudłaczach szabrując nasze zapasy żywnościowe i wykorzystując plecaki jako miejsce do odpoczynku... Przy wejściu do miasta Kuba stwierdza, żeby trzymać się pobocza ze względów bezpieczeństwa... W odpowiedzi na jego apel przemaszerowujemy przez środek skrzyżowania przy myślenickim dworcu zaraz obok stojącego tam radiowozu... Swoją drogą panowie policjanci musieli się lekko zdziwić... Jest gdzieś w okolicach godziny czwartej, odpoczywamy sobie na Zarabiu, pod mającym się zacząć podejściem pod Uklejną, a tu podjeżdża wspomniany pojazd i Kuba zostaje poproszony o wyjaśnienie "kto my są". Okazuje się, że władza też czytała o naszym Marszonie... Zamiast do aresztu za zakłócanie ciszy nocnej, nielegalne zgromadzenia i łamanie przepisów drogowych wracamy w rezultacie na szlak... I zaczęło się... Księżyc najwyraźniej znudził się naszym towarzystwem i sobie bezczelnie zaszedł... Słońce jeszcze nie wstało, a przed nami zdrowa "wyrypka"... Ale nie takie rzeczy się robiło... zapalamy czołówki, kijki w łapę i do góry... Chyba szybkie tempo weszło nam w krew... A na drodze jakieś pościnane gałęzie, pnie... Fajnie!!! Jaki luksus dla stóp w porównaniu z asfaltem... Po jakimś czasie dowiadujemy się jednak, że ktoś tam się pogubił lekko... Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło... Mamy tym samym odpoczynek... Kot zeżarł mi kanapkę... Chyba zaczyna się lekko rozwidniać - w końcu tylko godzina do świtu jeszcze... Trzeba ruszać dalej, bo zimno jak człowiek siedzi... Następne kilkadziesiąt minut... znowu przysiadamy, tym razem pod kapliczką... Kot przechodzi sesję zdjęciową, wcina jeszcze jakiś pasztet i chyba w tym momencie odchodzi w siną dal... My też tylko w drugą stronę... Dochodzimy do schroniska na Kudłaczach... Widoczek poraża... Kumpel stwierdza, że teraz wie dlaczego ten Beskid nazywa się Wyspowy... Góry wystające ponad morze mgły... a ja znowu nie wziąłem aparatu... W samym schronisku czeka nas niespodzianka... Pani, która doskonale wiedziała, iż mamy przyjść jakoś się nie fatyguje żeby nas obsłużyć, poczym oznajmia, że jeść nie będziemy bo ona ma tylko herbatę i piwo... Nieprawda... ma jeszcze zepsute toalety, choć woda w nich bieżąca ;)... Ogólnie chciało by się powiedzieć, że ma nas mniej więcej tam gdzie spodnie czasem mają wzmocnienia żeby się nie przecierały... Nie ma co tu siedzieć zbyt długo... Jest już dzień... Kuba stwierdza, że można iść własnym tempem... Zatem idziemy... Oczywiście jak zwykle nie mogę się wygrzebać, więc wyruszamy gdzieś pod koniec stawki... Za dnia wychodzą różnice w sposobie chodzenia po szlakach... ktoś nas wyprzedza, kogoś my wyprzedzamy... ot, różni ludzie... Zejście żółtym szlakiem do Lubnia nie sprawia jakichś większych problemów... Po drodze obrywamy jakieś jabłka... Niezłe... Po 50 km wszystko nieźle smakuje... :). Przy trasie do Mszany dłuższy odpoczynek... zerknięcie na mapę nie wróży najlepiej... Taak... schody to się dopiero zaczną... a w zasadzie to Szczeble... Tracimy na wiarygodności... Pewne koleżanki nie wierzą nam i zmierzają w stronę Zakopianki... ehh... cios dla facetów ;). My za to zbieramy się na właściwy szlak... Kocham czarne szlaki... Najpierw zaczyna się spokojnie, szlak kluczy lekko... potem mniej kluczy i mniej lekko... A po kilkuset metrach przestaje kluczyć... jest ciężko... Na Szczebel kiepsko mi się wychodziło jak podjechałem busem do Lubnia, a co dopiero mówić o podejściu gdy się ma 50 km w nogach... Serducho chce wracać... płuca chyba też... Jednak świadomość, że za tą górką jeszcze jedna górka i koniec dodaje otuchy... Na szczycie miła niespodzianka... Częstują czekoladą... Mniam... Chwila odsapki i zbiegamy na dół... Postanawiamy się rozbić i poczekać na resztę... Coraz więcej ludzi się schodzi... Znowu obrywamy jakieś jabłka... aaa... bo takie przy drodze rosły... Co będą wisieć... Czas na małą drzemkę... Po ok. 2 h przychodzi wiadomość, że Kuba z resztą na nas czekają... Oczywiście zeszli inną drogą... ale my przynajmniej się wyspaliśmy... Odpoczynek przed generalnym szturmem... Niektórzy robią sobie herbatkę i pogaduchy z miejscowym gospodarzem... Nie znam, za późno przyszedłem... Za to znowu jakieś owoce :)... Ready, Steady, Go! Ruszyliśmy... prowadzi gospodarz schroniska na Luboniu... Podejście podobne jak pod Szczebel, tylko krótsze... zostaję coraz bardziej w tyle... Ale nie jest źle... Docieramy na miejsce... Wreszcie!!! Godzina 17:00 Tadaaam... Po ponad 20 h osiągnęliśmy cel... A w zasadzie półmetek... Ale jeśli ktoś chce się zmęczyć to zapraszam w okolice Szczebla i Lubonia...
Od razu widać, że schronisko gospodarzone przez odpowiedzialnych ludzi... Jadła i napoju w bród... Momentalnie człowiekowi robi się milej na duchu i ciele... Z rachunków wynika, że wszelkie obawy odnośnie noclegu były bezpodstawne, bo ludzi jest stosunkowo mało... Nawet zostają wolne... No ale nie po to targaliśmy ten namiot... Okazuje się, że tendencje masochistyczne wykazują jeszcze dwie koleżanki... Ludzie patrzą się na nas z politowaniem... Ciekawe czemu... Wieczorem robi się chłodno... Proponujemy koleżankom jakąś integrację... Hm... zresztą mnie tam ciepło... Nie chcą to nie ;-). Po kilku minutach od zainstalowania się pod namiotem przychodzi owo tymczasowe pogorszenie pogody zapowiadane jeszcze w Krakowie... Leje całą noc... Śmierć namiotom jednopowłokowym... Wszędzie mokro... Daję drugą szansę butom, które zdjąłem na początku marszonu... może nie przemokną... Jeden polar, drugi polar, kurtka...wreszcie ciepło trzeba się porozglądać po okolicy... O... a gdzie ta okolica... Wieczorem jeszcze było ładnie wszystko widać, rano zaś mgła... No ale tyle dobrze, ze nie pada... Dobijam się do schroniska... otwierają... Zaczynam przenosić sprzęt, konsumpcja, operacja bąbel i można iść... Jak zwykle na szlak wychodzimy prawie ostatni... (kiedy ja się pośpieszę ???). Trasa z Lubonia do Jordanowa przebiega bez zakłóceń... tempo wróciło, człek wypoczęty... O dziwo zaczyna robić się pogoda... Tylko z każdym krokiem nasila się ból stóp... Ale to w końcu normalne... Docieramy do Jordanowa, po drodze mijamy kilka ekip, które idą innym rytmem... Małe uzupełnienie zapasów i dalej w drogę... Idzie się w sumie nieźle... Przecież w porównaniu z dniem poprzednim to te podejścia wydają się śmiesznie łatwe... Zaraz za Jordanowem potok... Zastanawiamy się jak przejść, ale po chwili znajdujemy sensowne miejsce... Dalej już bez niespodzianek... Do Cupla... Na Cuplu zaczyna kropić... Ubieramy peleryny... Fałszywy alarm :)... Już niedaleko do Hali... Narzucamy jakieś zwariowane tempo... A może by tak dziś jeszcze wrócić??? Naszym oczom ukazują się kolejne wzniesienia... Żadne nie chce być jednak Okrąglicą... Nogi dają coraz bardziej znać o sobie... Nooo... wreszcie... Docieramy do węzła szlaków, mała sesja zdjęciowa i do schroniska... O już ktoś dotarł... No w sumie nie dziwota bo niektórym udało się wyjść planowo czyli o 8, a nie o 9 jak my.... Robimy listę "dotartych na miejsce" i gorączkowo zastanawiamy się którędy najlepiej zejść... Oczywiście wszystkie autobusy mają adnotacje "nie kursuje w soboty" :) Pięknie... Osobiście mam do wyboru albo powrót, albo nocleg... Coś mi się z budżetem pomieszało :) Decydujemy się wreszcie na zejście do Skawicy... Złazimy, złazimy... Coś ten szlak nie prowadzi asfaltem jak miał prowadzić... O jest asfalt... Mam dość asfaltu... Łapiemy busa do Makowa, potem pociąg... Uff... Wykonaliśmy plan, ukończyliśmy Marszon... Kiedy następny???
Sebastian Wach
Powrót na stronę główną