Schronisko PTTK na Hali Krupowej w Beskidzie Żywieckim

Jeszcze jeden krok


Z Krakowa na Halę Krupową w Beskidzie Żywieckim, czyli siedemdziesiąt dwa kilometry po górach. Reporterzy "Trybuny Śląskiej" byli wśród tych, którzy pokonali trasę pierwszego w dziejach polskiej turystyki "marszonu".

     Na pętli autobusowej w Swoszowicach, peryferyjnej dzielnicy Krakowa, w majowy wieczór zebrało się prawie sto dziwnie ubranych i wyekwipowanych osób. Kijki niby narciarskie, ale składane, plecaki z pasami biodrowymi i pękami troków, kapelusze, chustki na głowach, kaszkiety. Nastolatki w ubiorach znanych firm i weterani w stylu lat 60 (spodnie za kolana, ortaliony, pionierki). Ktoś urządza rajdy górskie w Krakowie? A może międzypokoleniowy obóz przetrwania? Nie. To pierwszy w Polsce marszon.
     - Za chwilę ruszamy. Każdy idzie na własną odpowiedzialność - uprzedza Kuba Terakowski. - Próbujemy przejść dystans razem i trzymać się rytmu odpoczynków. Nie ma rywalizacji, pomagamy sobie. To nie wyścig. To marszon.

0 - 33 km
Piąty deszcz

     Zanim ruszymy niebo wysyła wyraźny sygnał - pierwsze wielkie krople. Tej nocy będzie padać siedem razy. Nieświadomi co ich czeka, wypoczęci marszonowicze idą zwartą grupą. Osiedla domków, "Kraków żegna", Lusina, Gaj. Kościoły, płoty, cmentarze, drogi bite. Łatwo utrzymać wspólny rytm marszu i dyscyplinę potrzebną m. in. do przeprawy przez ruchliwą, dwupasmową zakopiankę.
     - Kryzys będzie koło trzeciej, a przed nami kawał drogi - twierdzi zatroskany Kuba Terakowski, ściszając głos. - Ale ranek przyniesie więcej optymizmu - dodaje.
     Nocny marsz przez las to nowe przeżycie. Szelest gałęzi, chlupot deszczu, mlaskanie błota i wijący się leśną drogą korowód latarek. Na polanach horyzont z trzech stron rozświetlają błyskawice. W Lesie Bronaczowa, 10 - kilometrowym zielonym garbie, szlak wije się plątaniną błotnistych dróg, dolinkami i parowami. Stawka marszonu rwie się na grupki, każda może zmylić drogę na rozstajach. Kilka osób pomaga Kubie kierować ruchem pociętego na kawałki węża. Trzeba iść w czołówce pochodu, a na rozstajach blokować wejście w mylną drogę. Wreszcie nadchodzi postać w pelerynie.
     - To już koniec. Dziękujemy - mówi Michał. Idąc zawsze na końcu pełni rolę "zamka". Dba, by nikogo nie stracić.
     Piąty tej nocy deszcz dolał szczególnie solidnie. W śliskich błotnych koleinach, w lesie zgubił się szlak starannie wystudiowany przez Kubę za dnia...

30 - 44 km
Pokusa busa

     Po nocnych ulewach miało być lepiej. Czas nadrobić nocne opóźnienie. Ale z porannego optymizmu nici. 3.55 to bezlitosna godzina. O brzasku jest chłodno, a pierwszy kogut paskudnie zachrypnięty. Ubrania nie schną. Na postojach zbiorowe szczękanie zębów. Mokre buty szybciej ocierają stopy.
     Mglisty ranek zastał marszon w największej na trasie miejscowości - w Sułkowicach. Tu na uczestników czekało siedem kilometrów twardej szosy - bezwzględnej dla stóp i kolan.
     - Zawsze tak jest na asfalcie - uśmiecha się spod blond grzywki Aśka z Krakowa, bandażując kolana. - Ale w ogóle nie myślimy o odpuszczeniu - dodaje patrząc na koleżankę.
     Idź poboczem. Bardziej miękko - radzi Paweł.
     W tej samej chwili do Kuby dochodzi ktoś, kto przynosi kolejną informację. - Człowiek z Lublina został na przystanku. Pękła mu pięta - brzmi krótki komunikat. Spustoszenie czynią poranne busy i autobusy do Krakowa. Wystarczy wsiąść. Ciepło, miękko i nie boli.
     Pan Andrzej, korpulentny jegomość, po swojemu przeżywa kryzysy. - Mam prosty zestaw marzeń - wzdycha na postoju. - Gorąca herbata, coś ciepłego na ząb, poprawiam kawą i... - robi dramatyczną pauzę. - I dalej, na własnych nogach!

44 - 60,5 km
Ludzie i buty

     Niewysoki, niepozorny pan Władysław, sześćdziesięciolatek z Kłodzka, został natchnieniem maruderów. Widok siwej głowy pod czerwonym kaszkietem, regularny koci krok po największych wertepach i stromych podejściach robił na sapiących 30 - 40 - latkach niezwykłe wrażenie. Na postoju Władysław częstował czekoladą tych, którzy nie dotrzymali mu kroku. A szedł w najsłynniejszych butach marszonu - zdeptanych botkach bez cholewki, związanych za krótkimi sznurówkami.
     - Czeskie. Kupione na kartki w osiemdziesiątym czwartym - odpowiada Władysław. - W plecaku mam wysokie buty, ale nie chciało mi się przebierać...
  • Z Krakowa do schroniska na Hali Krupowej wyruszyło 72 wędrowców.
  • W ciągu 23 godzin i 40 minut do celu doszły 52 osoby. Pięcioro, idąc alternatywną (dłuższą?) drogą, dołączyło po 27 godzinach. Metę osiągnęło siedem pań.
  • W drodze na Krupową przeszli pięć pasm górskich i pokonali 72 km "w poziomie" oraz podejścia dające łącznie różnicę między brzegiem Bałtyku i szczytami Tatr (2300 m w pionie).

Marszon nie jest

  • ekstremalnym marszobiegiem z sędziami, punktami kontrolnymi, bufetem na trasie i ekipą ściągającą na dół śmiałków, którzy przeliczyli się z siłami.
  • sportowym marszem na orientację
  • rekreacyjnym rajdem górskim od schroniska do schroniska pod opieką organizatorów.
 
     Dłuższy postój po wyniszczającym podejściu na Koskową Górę zachęcił meszki do ataku, a ich ofiary do zwierzeń.
      - Cała rodzina pukała się w czoło - wspomina szpakowaty, wysoki Janusz z Płocka. - Zięć pytał córkę "70 kilometrów? Co on samochodu nie ma?". A ona mu na to "a Hemingway'a czytałeś - Stary człowiek i morze?".
     Pana Janka, żylastego pięćdziesięciolatka z Poznania, o którym krążyły legendy, już tu nie ma. Rozkręcił się. Postoje dla niego za długie. Od siedmiu lat startuje w dobowych marszobiegach - tzw "Sudeckich Setkach".

60,5 - 72 km
Na ostatnich nogach

     Osielec. Ostatnia wieś na szlaku. Upał. Pora obiadowa. Autobus zabrał dwóch, którzy zwątpili u progu ostatniego etapu. Długi smaczny postój, a po nim koszmar - wciąganie butów. Po 60 km marszu sprzęt zdradza właściciela. Stare, rozchodzone buty stają się narzędziem wymyślnych tortur. Zawsze miękkie paski plecaka wycierają na ramionach szerokie, czerwone pręgi, od których koszulę trzeba odrywać jak plaster.
     Przed marszonem jeszcze 12 km i 800 metrów podejścia. Młodzież wciąż wyrywa. Osiemnaście lat nie zna zmęczenia. Wolniejsi soliści rozgrzeszają Kubę - Idź. My dojdziemy swoim tempem. Do zmroku daleko.
     "Swoje tempo" to pięć godzin walki o każdy krok. Najdłuższe kilometry w życiu. Użalających się nad sobą przywołuje do porządku nieodkrywcza myśl - sam tego chciałeś... Idzie więc duch, ciągnąc za sobą mdłe ciało. Najtrudniej prowadzi się negocjacje z odbitymi stopami.
      - Jeszcze ta górka, widzisz już mniej stroma. Tam pani Maria, w drzwiach schroniska czeka z poczęstunkiem. Za zakrętem już na pewno... Jeszcze ten kamień. Jeszcze ten krok.


Powyższy reportaż opublikowany został w "Trybunie Śląskiej" z 31.05.2002

Powrót na stronę główną