Niestety... Wyruszyliśmy ze Swoszowic ok. 20. Najpierw była zbiórka i wspólne foto. Kuba "sprawdził" obecność i podał kilka szczegółow dotyczących "marszonu". Przedstawił mnie jako zamykającego grupę czyli "zamka".
Przez cały dzionek była piękna, bezchmurna pogoda aż do momentu... No, właśnie. Gdy jeden z uczestników (z zamiłowania meteorolog) mówił, że wszystko wskazuje na to, iż w nocy przelotnie popada, a na następny dzień temperatura obniży się o jakieś 10 - 15 stopni, wszyscy przytakiwali ale nie bardzo w to wierzyli. Jednak tuż po części organizacyjnej, ku zdumieniu wszystkich zaczęło... grzmieć! Nie zraziło to nikogo i wyruszyliśmy poubierani w kurtki przeciwdeszczowe i parasole w rękach (jak się potem miało okazać, niektórzy nie mieli ani jednej z tych rzeczy!!!). Szlak rozpoczynał się przy pętli autobusu 155 i wchodził w malowniczą alejkę. Następnie prowadził mało ciekawą drogą wśród domków jednorodzinnych, aby w końcu dotrzeć do drogi "asfaltowej" (po ok. 20 minutach marszu).
I tu po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że nie ma szans na ucieczkę przed burzą. Gdzie się człowiek nie oglądnął, wszędzie się błyskało i było zachmurzone... W pierwszej chwili miałem nadzieję, że jednak deszcz nas ominie, ale chmury znad Krakowa były coraz bliżej...
W międzyczasie kolega "meteorolog" przypomniał sobie jak w Tatrach przewodnicy ostrzegali przed używaniem kijków podczas burzy i chowaniem ich jak najgłębiej. A ja nie dość, że takowe właśnie miałem w rękach to jeszcze za cholerę nie było możliwości abym schował je głęboko do plecaka! Powód? Jak bym ich nie upychał, to zawsze wystają na zewnątrz! Na szczęście burza przeszła bokiem...
Z racji tego, że byłem "zamkiem", wraz z Szymonem musieliśmy iść na końcu. Naszym zadaniem było pilnować aby nikt się nie zgubił i raczej nie zostawał w tyle. Minusem roli zamka jest to, iż nigdy nie wiadomo jak duża jest odległość między "otwierającym", a "zamkiem" właśnie.
Idąc szosą napotkaliśmy pana, który nie wytrzymał tempa narzuconego przez Kubę. Mówił, że ma 37 lat, a wg nas wyglądał na ... 60! Jeszcze wtedy nie przypuszczaliśmy, że właśnie on sprawi nam najwięcej kłopotów... W między czasie napotkaliśmy też, naszego fotografa - rowerzystę, któremu dynamo odmówiło posłuszeństwa i dalsza podróż stała pod znakiem zapytania... Zmrok był już coraz bliżej... Błyskało się i grzmiało na przemian...
Zbliżaliśmy się do lasu koło Lusiny kiedy zaczęła się pierwsza, ogromna burza... W tym momencie zmuszeni byliśmy wyciągnąć latarki i znów kurtki przeciwdeszczowe. I tu pierwsza "niespodzianka"... Wspomniany wyżej pan, nie dość, że szedł dość wolno to jeszcze okazało się, że nie ma ... latarki! Śmiechu warte! Jak można iść nocą, przez las bez światła?!
W związku z tym musiałem mu oświetlać cały czas drogę... Momentami sam nic nie widziałem, poza słupem wody który zalewał mi twarz i "czołówkę". Po jakimś czasie widzę jednak w oddali światełko i wiem, że ktoś z grupy czeka na "zamek". Jest to Kuba, który wcześniej dał mi sygnał telefoniczny ale w tej burzy nie zdołałem go usłyszeć. Czekał, gdyż miałem już ok.10 minut straty do grupy a droga gwałtownie odbijała w lewo do góry. Nie chciał byśmy się zgubili... I tu pojawił się kolejny problem z "panem X"... Rozwaliły mu się doszczętnie "pionierki"! To jeszcze jestem w stanie pojąć, ale on je zostawił i zmienił na "adidasy", które były w podobnym stanie! Śmiem twierdzić, że szedł on na "marszon" totalnie nieprzygotowany, a dodatkowo narażał innych uczestników! Ja rozumiem, że trzeba sobie pomagać w trakcie tak długiego i męczącego "marszonu", ale jeśli człowiek sam, swoją bezmyślnością doprowadza do takich sytuacji to chyba coś jest nie tak, prawda?
Doszliśmy do grupy, która czekała na nas w lesie. Przestało padać. Trasa prowadziła teraz bardzo spokojnie aż do "Zakopianki" w Mogilanach. Tu mieliśmy pierwszą 5 - minutową przerwę. Zjedliśmy co nieco, napiliśmy się i w drogę... Ja z Szymonem po jednej stronie "Zakopianki" z "czołówkami" skierowanymi w stronę nadjeżdżających samochodów od strony Myślenic, a pozostała dwójka z drugiej. Tam ruch został wstrzymany przy pomocy policjantów z drogówki którzy akurat w tym miejscu "łapali" łamiących przepisy kierowców.
Mogilany. Centrum. Przechodzimy koło knajpki, w której pełno ludzi. Śmieją się, że nie zima, a my z kijkami bez nart... Jest 22.20. Na przystanku koło kościoła grupa "dresiarzy" pyta nas dokąd idziemy. Szymon odpowiada ale na szczęście na tym się kończy.
Szlak idzie teraz w lewo w dół i ... gubimy się! Jest nas pięciu i idziemy drogą w dół jakieś 200 m. Nie ma szlaku. Wracamy, skręcamy znów w lewo i znowu...nic! Zgodnie z wcześniejszą umową daję znak Kubie żeby zatrzymał grupę a następnie aby do nas wrócił. Wracamy jeszcze wyżej do miejsca gdzie prawdopodobnie zgubiliśmy szlak. Tak, jest! Nie zauważyliśmy go, bo jest bardzo słabo oznakowany. Zbliża się do nas z naprzeciwka grupa z "czołówkami" i już wiemy, że to Kuba z kilkoma innymi osobami. Uspokoili się widząc nas całych i zdrowych, bo byli przekonani, że mamy jakieś poważne problemy z "dresiarzami". Straciliśmy do reszty jakieś 15 minut ale i tak Kuba zarządza przerwę od momentu, w którym docieramy na miejsce. W tym momencie mamy za sobą 12 - 13 km. Jest 22.50.
15 minut później jesteśmy znów na szlaku. Prowadzi płaską polną drogą. Przed nami znów zaczyna się błyskać, a chwilę potem grzmieć. Szlak skręca teraz w lewo, delikatnie w dół. Spotykamy kolegę, który nie ma nic na deszcz, bo słuchał pogody i nie zapowiadali deszczu. Jest tylko w podkoszulku! Zaczyna się burza z ogromnymi błyskami i grzmotami. Strach iść na otwartej przestrzeni, a pod drzewo też się nie da schować! Jestem już całkiem przemoczony... Idziemy teraz lasem (Bronaczowa) i cały czas leje. Błoto, ślisko i znów... oświetlam drogę panu X. Niestety nie wiem jak wygląda las Bronaczowa ale podobno jest piękny... Wierzę na słowo. Może zobaczę kiedyś za dnia. W lesie szlak zielony skręca w lewo i zmienia kolor na niebieski. Cały czas burza. Schodzimy do wsi Jaworzna, w której to wycofuje się z "marszonu" 10 osób. Idziemy teraz ok. 500 m szosą z latarkami właczonymi, gdyż z naprzeciwka cały czas jadą samochody. Skręt w lewo na polną drogę.
Burza na moment ucicha ale znów wraca. Ktoś zaproponował skrót i jak się okazało... pomylił drogę! Na szczęście szedłem na końcu, więc w między czasie zdążyli wrócić na szlak. Przestało padać. Jesteśmy pod Lisią Górą (438 m n. p. m.) na polanie, gdzie czeka nas 30 minutowy postój. Przebieram koszulkę która jest kompletnie przemoczona. Zakładam koszulę i polar. Jest cholernie zimno... Wypijam napój regenerujący siły i zjadam baton. Mija postój i zaczyna się... burza! Przebrałem się w suche rzeczy, a one po 5 minutach znów są takie jak poprzednie! Mam już serdecznie dosyć! Buty przemoczone! Plecak przemoczony! Ruszamy... Idziemy szlakiem ale znów okazuje się, że część grupy na początku gubi szlak. Jakie jest nasze zdziwienie kiedy po pewnym czasie mija nas... Kuba, który powinien iść pierwszy! On też jest zdziwiony ale nie ma pretensji o to, że "zamek" jakimś cudem znalazł się przed nim. Ten "cud" wyglądał tak: pierwsza grupa pomyliła drogę, druga poszła dobrze i w ten sposób oni do nas dołączyli. Teraz słyszymy jakiegoś zwierzaka w lesie... W trudniejszych miejscach Kuba zostawia kogoś aby wskazywał nam właściwą drogę. Często jest tak, że droga ma 2 - 3 odnogi, a w nocy nie trudno się zgubić więc na wszelki wypadek to robimy. Jestem mu za to wdzięczny.
Znowu się zgubiliśmy? Na prostej drodze w dół? Niemożliwe! Sterczymy tam z 10 minut, po czym okazuje się, że idziemy... dobrze! Kuba dzwoni, pyta gdzie jesteśmy, a ja mówię, że na polanie i nic więcej nie widzę. Dochodzimy do wniosku, że jednak idziemy w dobrym kierunku. Rozwiewa nasze wątpliwości "łącznik", który czeka na nas w trudniejszym miejscu. Teraz droga prowadzi już cały czas w dół . Zaczyna świtać. Deszcz przestaje padać, ale ja wiem, że nie dam rady iść dalej. Mówię o tej decyzji Kubie i Szymonowi. Namawiają mnie. Dzięki im za to ale ja już podjąłem decyzję: za 5 km, w Sułkowicach rezygnuję!!!
Jestem przemoczony, ubrania w plecaku również, nogi odmawiają posłuszeństwa, a dodatkowo bark (z którym mam problemy od kilkunastu lat...) rwie mnie niesamowicie! O barku nikomu nic nie mówię...W tym momencie rezygnuje i żegna się ze wszystkimi pan X.
Ruszamy po kilkuminutowej przerwie. Znów idziemy szosą ale w jakże innych warunkach pogodowych. Nie pada i wszystko wskazuje na to, że dzionek będzie zgoła odmienny od nocy... Dla mnie to ostatnie kilometry trasy. Szymon próbuje mnie przekonać, że teraz może być już tylko lepiej, ale ja podjąłem decyzję już wcześniej...Choć wiem, że będę tego żałował...Może bym jednak doszedł? Przeszedłem 35 km, a więc połowa za mną... Przechodzimy dworzec PKS i BUS w Sułkowicach. Jednak po około 2 km od tego miejsca, nie widząc reszty grupy, która ma niesamowite tempo, podejmuje ostateczną decyzję...
REZYGNUJĘ! Żegnam się z Szymonem, przekazuję mu mapę Beskidu Makowskiego i życzę powodzenia bo wiem, że chociaż on może dojść z naszej dwójki... Chciałem osobiście pożegnać się z Kubą i podziękować, ale odeszli za daleko... Bardzo żałuję że tym razem mi się nie udało...Gdyby nie ta cholerna pogoda to na 100% bym nie zrezygnował!
Wróciłem się na dworzec i o godzinie 6.30 byłem już w domu. Smutny, a jednocześnie szczęśliwy: szedłem z grupą wspaniałych ludzi, którzy tak jak ja kochają góry!
Michał Sośnicki
Powrót na stronę główną