MARSZON - TO BRZMI DUMNIE

We wrześniowym n.p.m. natrafiłem na zaproszenie na jesienny marszon. Wiele się nie zastanawiając przeczesałem internet szukając "namiarów" na Kubę, gdyż takowych w periodyku nie było. Tym razem nie mogłem sobie pozwolić na opuszczenie tej imprezy tak jak to miało miejsce w przypadku wiosennej trasy (chociaż wydaje mi się, że byłem usprawiedliwiony, gdyż zdobywałem w tym czasie Olimp).

Okazało się, że jestem mile widziany, ale ponieważ jestem na tak zwanej liście rezerwowej (53 zgłoszenie) to na Wielkim Luboniu mam zapewniony nocleg pod chmurką. Zasadniczo to żaden problem wszak do plecaka można wrzucić dodatkowy sprzęt, a przygoda tym większa.

Punktem zboru był Rynek Główny (pod kościołem Św. Wojciecha) godzina 19.00. I tu pierwsze zaskoczenie. Wchodzę na Rynek o godzinie 18:58 ulicą Bracką i widzę sesję zdjęciową pod kościołem. Gdy dochodzę do grupy dzwony z kościoła Mariackiego obwieszczają siódmą, gdy milkną Kuba mówi - Idziemy. Niesamowita punktualność - myślę, to powinno procentować na trasie.

Po "spotkaniach" z komunikacją miejską, która dowozi nas do Swoszowic jak również pozwala mi się fizycznie poznać z Kubą (wkradłem się w jego "łaski" dzięki przesłanym zestawieniom trasy) przed Domem Zdrojowym następuje odczytanie listy zgłoszeniowej, która od tej pory jest listą obecności. I tu drugie zaskoczenie. Z tego co wiem lista zgłoszeniowa została zamknięta na 70 osobie, a rzeczywistych uczestników mamy 43. Jeszcze tylko drobny posiłek, ostatnie dopasowania pasków od plecaków i w drogę. Z rozmów wnioskuję, że jest kilku uczestników pierwszego marszonu.

Ruszamy, jest 20:40 i teraz przychodzi trzecie największe zaskoczenie. Zgodnie z tym co zostało napisane w informacji dla uczestników:
- Marszon to nie wyścig, czy rajd na orientację - można by wywnioskować, że tempo będzie oscylowało w granicach 4-5 km/h. A tu dosłownie wszyscy wyrywają się z "bloków". Po pięciu kwadransach pierwsza przerwa. Kuba pyta - Czy są jakieś uwagi.- Nikt nie protestuje wszyscy grzecznie piją kawę i herbatę. Pomału zaczynam się zastawiać, czy będę miał siły zrealizować mój plan. Ruszamy dalej utrzymujemy to samo wysokie tempo. Do Sieprawia dochodzimy w dwie godziny, co daje nam wynik 7 km/h. Pojawia się myśl, dlaczego mamy iść dwa dni, wszak idąc w ten sposób będziemy jutro popołudniu na miejscu.
Mam pewne przypuszczenia skąd to tempo - Kuba chyba chce, aby osoby nieprzygotowane odpadły w Myślenicach, gdyż dalej dość trudno zawrócić. Ciekawe, czy tak jest rzeczywiści. Fakt pozostaje faktem, że na dworcu PKS żegnamy Roberta, któremu kontuzja kolana nie pozwala iść dalej.
Robimy przerwę na "rogatkach" Myślenic tuż przed wejściem do lasu. Gdy ruszamy odwiedza nas policja i nasz organizator zdaje relację kto my zacz, ilu nas jest i dokąd się udajemy (okazuje się że jeden z policjantów czytał o marszonie).

Wchodzimy w las i tu pierwsze podejście. Do tej pory poruszaliśmy się w zakresie 250-320 m.n.p.m., a Uklejna ma 677 m. Szlak wiedzie ostro w górę, niestety zawalony jest świeżo ściętymi świerkami. Idzie się nieciekawie, co krok trzeba przekraczać pnie pełne wystających konarów, a błoto pokryte jest śliską świerczyną. To wystarcza, aby nogi kolejnego uczestnika (tym razem uczestniczki) odmówiły posłuszeństwa. Skutkuje to dłuższą nieprzewidzianą przerwą. Gdy jesteśmy w okolicach Uklejny zaczyna się rozwidniać, gdy wchodzimy na Śliwnik jest już zupełnie widno. Chwila przerwy i komunikat Kuby, że od tej chwili można iść własnym tempem. Wyruszam jako pierwszy. Marzy mi się ciepły posiłek i odpoczynek "nie na trawce". Niestety, schronisko jest zamknięte pomimo wcześniejszych ustaleń i potwierdzeń. Udaje mi się ściągnąć gospodynię, ale z ciepłych posiłków może być kawa/herbata lub ewentualnie do picia jest też piwo (ale już nie grzane). Przyznam szczerze, że nie rozumiem. Pomijając aspekt pewnego humanitaryzmu (w trasie jesteśmy od 10 godzin i w nogach mamy 34 km) to nawet wymiar ekonomiczny nie jest wstanie zmienić mentalności niektórych osób. Każdy jak jeden mąż zjadłby coś ciepłego jak choćby jajecznicę, której przyrządzenie zajmuje 3 min. Ale... jesteśmy tylko ludźmi.

Ponieważ czuję się dobrze postanawiam wdrożyć mój plan. Idę do Kuby i pytam
- Czy będziesz miał coś naprzeciw jeśli odpalę wrotki?
- Znaczy, że chcesz iść własnym tempem? - dopytuje się.
- To też - odpowiadam - ale zasadniczo to chcę się odłączyć i pociągnąć do samego końca.
Nie jest nawet za bardzo zdziwiony, życzy mi tylko wszystkiego najlepszego i prosi abym potwierdził swoje dotarcie sms-em. Żegnam się z wszystkimi i zaczynam moją drogę.

Niestety już na początku popełniam poważny błąd, którego skutki odczuję później. Otóż czując się dobrze i mając przed sobą perspektywę pięćdziesięciu kilku kilometrów chcę je zrobić "za widoku". Aby to osiągnąć narzucam bardzo mocne tempo, a miejscami wręcz podbiegam. Po 25 min. docieram do żółtego szlaku i ku swojemu zaskoczeniu spotykam jednego ze starszych uczestników marszonu (Jerzego Chanyszkiewicza - przyp. autora strony), który odpuścił sobie schronisko i poszedł dalej. Jak się później okazało przestrzelił się i teraz właśnie się wracał, aby zejść żółtym do Lubnia.
Pozdrawiam go i ciągnę dalej. Trasa wiedzie łagodnie w dół także utrzymanie wysokiego tempa nie nastręcza żadnego problemu. Po kwadransie, gdy właśnie postanawiam odpuścić słyszę za sobą, że ktoś mnie dogania. Tym człowiekiem jest ów wcześniej spotkany senior (na moje oko ma powyżej 60 lat). Nie pozostaje mi nic innego jak pędzić dalej. Po kilkunastu minutach słyszę:
- Co tak właściwie pop ..lasz?
- Ciągnę do samego końca. - rzucam.
- Nie, ja już odpadam. - słyszę za sobą.
Ja również dałem za wygraną po następnych 10 min., jednak ten niespodziewany, zbyt długi wydatek energetyczny spowodował, że moje dalsze tempo wydatnie spadło. Za Lubniem szukałem tylko przystanku z ławką, na której mógłbym choćby na chwilę się położyć. Kolejny gwóźdź do "trumny" to było podejście na Szczebel. Odnoszę wrażenie, że ten czarny szlak został wytyczony na tzw. zrywce, czyli najkrótszej drodze po której ściągane są ścięte drzewa (tylko dlaczego prosto ze szczytu?). Kolejne podejście tym razem już pod Wielki Luboń (po uprzednim zejściu na przełęcz Glisne), choć też ostre nie dostarcza takich emocji, gdyż gwarantuje przewyższenie rzędu 390 metrów versus 600 jak w przypadku Szczebla.

Do schroniska docieram o godzinie 14:00. Na całej trasie nie spotykam żadnego turysty. Jestem naprawdę zmęczony. Jem bigos (polecany zresztą przez jego twórcę - Krzysztofa, który wraz z żoną gospodarzy w tym dość oryginalnej budowy schronisku), piję piwo i zaczynam się poważnie zastanawiać, czy powinienem iść dalej. Z zamysłu wybudza mnie senior, który na szczyt dociera 20 minut po mnie. Nie mogę się oprzeć i gratuluję mu tak wspaniałej kondycji (w duchu życzę sobie, aby w tym wieku też tak mógł). Dopytuję się skąd tak wspaniała forma:
- Bo ja rzadko jeżdżę autobusami miejskimi, wszędzie chodzę.
Kiwam tylko głową. Przypomniała mi się w tym momencie pewna anegdota, a mianowicie podczas jednego z meetingów Golden League pada informacja, że jeden z zawodników (bieg na 10 km) to zupełnie nowa twarz, a wyniki przez niego osiągane są bardzo wyśrubowane. Na dodatek zgodnie z informacją prasową treningi zawodowe rozpoczął niespełna 2 lata temu. Na co drugi z komentatorów:
- No, tak, ale jak to w Kenii na pewnie miał daleko do szkoły.
Ponieważ ja też miałem jeszcze daleko, a ujawniłem się z moim pomysłem to pomimo ostrzeżeń płynących z mojego organizmu ruszam. Dochodzi właśnie trzecia, a przede mną trzydzieści kilka kilometrów. Już wiem, że nie dotrę przed zmrokiem. Pocieszam się tylko faktem, że pogoda dopisuje, nie jest gorąco, a słońce co jakiś czas wyskakuje zza chmurek.

Idę teraz dużo wolniej. Staram się dobrze rozkładać siły. W tym też celu postanawiam robić krótsze, ale częstsze przerwy (55 min. idę, 5 min. odpoczywam). Przyjęta zasada działa dobrze, ale po trzech godzinach dopada mnie kolejny kryzys - jestem w Jordanowie. Tutaj też siadam na trochę dłużej, a po kilku kilometrach, gdy jestem w Kułakówce łapie mnie zmrok. Dzwonię do schroniska, aby potwierdzić iż zdążam w ich kierunku, ale że będę grubo po 22. W tym momencie dostrzegam logikę w doborze trasy marszonu. Pierwszy dłuższy i bardziej forsowny odcinek, po którym spokojna trasa z jednym tylko poważniejszym podejściem.

Niestety to podejście było właśnie przede mną. Z 400 m musiałem się najpierw wspiąć na 887 m (Cupel) by po kolejnych 4 km osiągnąć 1063 m (Naroże), a po dalszych 4 km wejść na Okrąglicę (1239 m.n.p.m.). Stamtąd niespełna kilometr po płaskim lekko opadającym terenie i schronisko.

Niby nic wielkiego, tylko 14 km, czyli mniej niż biegam kilka razy tygodniowo. Ale tym razem w nogach miałem już 80 km, a w trasie byłem od 22 godzin. Początkowo teren bardzo mi sprzyjał. Droga była szeroka, dobrze ubita i prowadziła lekko do góry. Zaczął mi tylko bardziej doskwierać odcisk, który utworzył się na środku lewej stopy. Powoli piąłem się na Cupel, do reszty nienawidząc już sneakersów, które służyły mi jako szybkie uzupełnienie spalanych kalorii.

Podejście było długie i monotonne, gdyby nie fakt, że na Cuplu pojawia się zielony szlak nie wiedziałbym gdzie jestem. Od tego momentu przechodzę przez zgotowany sam sobie czyściec (pycha - bieganie po górach, czy nie słuchanie rad organizmu - zostań na Wielkim Luboniu). Otóż zaczyna padać, nie jest to z pewności deszcz nawalny, ale i tak poważne błoto występujące na szlaku zmienia się szybko w gigantyczną breję, z której ciężko wyciąga się buty, a zacinające krople znacznie utrudniają ustalanie kierunku marszruty.

Gubię się kilka razy. To co w dzień byłoby tylko uciążliwością w nocy przeradza się w poważny problem. Zaczyna mi być zimno, a z drugiej strony pocę się obficie. Z całą pewnością nie są to oznaki zdrowego wypoczętego organizmu. Nie jestem w stanie ustalić tempa z jakim idę. Mam wrażenie, ze co chwila opada mi jedna ze skarpet i roluje się na pięcie. Później okazuje się, że jest to blisko 8 cm średnicy krwiak na prawej nodze. Gdy zaczynam się powoli przyzwyczajać do sytuacji po godzinie deszcz ustępuje. Niestety radość jest tylko chwilowa momentalnie pojawia się mgła. Mgła tak obfita, że moja czołówka bardziej "przeszkadza" niż pomaga. Nie widzę dalej jak na 1,5 m. W takich warunkach nie da się iść. Znów kilkakrotnie gubię szlak. Jestem wykończony, wściekły na siebie i załamany. Ogarnia mnie bezsilność. Może zabrzmi to dziwnie, ale zaczynam się modlić.

Idę w ten sposób około godziny. Gdy dochodzę do rozwidlenia sygnalizującego wejście na Okrąglicę, (skąd niecały kilometr do schroniska) nie jestem w stanie się nawet cieszyć z tego faktu - idę dalej. Na szczęście mgła się rozrzedza. Jestem naprawdę skołowany. Gdy wychodzę na halę mam wrażenie, że widzę gdzieś daleko jadący samochód. Przez chwilę się zastanawiam którędy on jedzie, ale nie ma to większego znaczenia. Po chwili przychodzi olśnienie - a może to światło schroniska? Zatrzymuję się i wytężam wzrok. "Samochód" widocznie zwalnia, ale powoli jedzie dalej. No cóż to ja też idę. Operację tą powtarzam trzy razy. Za każdym razem z tym samym efektem. Jednak ostatecznie przekonuję sam siebie, że to musi być schroniskiem. W tym miejscu nie ma już drzew, idę na azymut wybierając jedną z licznych ścieżek.

"Samochód" okazuje się jednak być schroniskiem, którego drzwi otwieram o 23:30. Moja droga dobiegła końca, potrzebowałem na nią 26 godzin, 50 minut oraz pomocy "z góry" aby ją ukończyć.

Epilog - dzień drugi.

Około 7:30 budzą mnie odgłosy grup wychodzących w góry. Szybko je ignoruję i zasypiam. Wstaję o 10:00, z niejakim zaskoczeniem konstatuję, że zasadniczo nic mnie nie boli. Oczywiście wyjątkiem są pokiereszowane stopy. Niestety moja garderoba nie zdążyła przeschnąć z wczorajszego potu. Zakładam "rezerwę" i schodzę na dół na duże śniadanie. Mocno też "nawadniam" organizm (mlekiem, kawą i sokami). Na koniec biorę gorący prysznic, na który nie miałem już siły wczoraj.
Świat wygląda dziś wspaniale - znów pojawia się słońce i delikatny wietrzyk, a wczorajsza mgła jest dzisiejsza rosą. Rozmawiam z gospodarzami. Oprócz mnie w schronisku nie ma już nikogo z gości - no może tylko pies, który się tu przyplątał wczoraj.
Żegnam się i wychodzę - "zabieram" ze sobą psa, który nie dał się gospodarzowi wygonić ze schroniska. Będzie mi teraz raźniej.

Dzwonię do przyjaciół, którzy mieli mnie odebrać z Suchej Góry (wchodzą właśnie Percią Akademików na Babią), że spotkamy się na przełęczy Krowiarki, gdyż pogoda jest dobra, a mój stan mi pozwala na taką trasę.

Po drodze mijam pierwszych turystów. Jestem zaskoczony, że tak dobrze mi się idzie. Na Kiczorę docieram w niespełna półtorej godziny, chwilę odpoczywam i w dół. Gdzieś na wysokości Broski mój towarzysz podróży zaczyna powarkiwać i szczekać (wcześniej tego nie robił). W krzakach jagodowych dostrzegam dwie sylwetki turystów. Trochę dziwnym głosem pytają jak daleko do schroniska. Odpowiadam, że na Halę Krupową mają około 6 km. Wyższy stwierdza, że to strasznie daleko i że chyba nie dojdą. Na co drugi mówi, że przecież oni do Szczawnicy (sic!). Lekko skołowany pytam, w którą stronę idą - w dół, czy do góry. Bo jeśli do góry to mają przed sobą tylko schronisko na Hali Krupowej. Zostawiam ich z tą informacją.

O wpół do trzeciej docieram na przełęcz. Witają mnie dziecięce okrzyki radości - Niki, Niki, Kochana Niki. Tak, okazuje się, że mój "towarzysz" (a raczej towarzyszka) zaginęła wczoraj, a ja sprowadzając ją w dół dostarczyłem ją wprost do rąk właścicieli.

Świat naprawdę bywa dziwny, ale przede wszystkim jest piękny.

Godzina
Informacje dodatkowe
km
20.40 Start spod Domu Zdrojowego w Swoszowicach 0 km
21.05 Mijamy znak drogowy z końcem Krakowa
21.55 Pierwsza przerwa
22.20 Mijamy Dom Pomocy Społecznej prowadzony przez Bonifratrów
22.50 Świątniki Górne 10 km
23.30 Przerwa pod kościołem w Sieprawiu 14 km
01.10 Wychodzimy z Zawady 19 km
03.00 Dworzec PKS w Myślenicach (żegnamy Roberta) 26 km
03.35 Przystanek na "rogatkach" Myślenic
04.40 Długa, nie ustalana wcześniej przerwa wynikająca z problemów Marleny
06.05 Śliwnik, wyruszam po 15 min. 33 km
06.50 Kudłacze (schronisko) 37 km
07.50 Wyjście ze schroniska
08.15 Dochodzę do żółtego szlaku
09.55 Przechodzę przez most na Rabie (na wysokości Lubnia) 50 km
10.05 Robię 20 min. przerwę na przystanku między Lubniem, a Kaletami
11.15 Mijam jaskinię na Małym Szczeblu 54 km
11.50 Robię 15 minutową przerwę
12.15 Szczebel 56 km
13.00 Przełęcz Glisne 59 km
14.00 Schronisko na Luboniu Wielkim 62 km
14.50 Wyruszam dalej
16.20 Naprawa (Zakopianka) 70 km
16.35 Postanawiam od tej chwili robić przerwy 5 minutowe co 55 minut
17.05 Surówka 72 km
17.30 Malejowa
18.00 Jordanów 76 km
19.20 Kułakówka 80 km
21.00 Cupel 85 km
23.30 Schronisko na Hali Krupowej 94 km
Epilog - dzień drugi
11.40 Wyjście ze schroniska
13.05 Kiczora (15 min. przerwy) 99 km
14.30 Przełęcz Krowiarki 105 km

Ireneusz Zielony


Powrót na stronę główną